Czy religia, jako dziedzina nienaukowa ma prawo do bytności w szkole? Jeśli tak to w jakiej formie? Czy obecny system dyskryminujący inne religie, a nawet inne wyznania niż rzymsko-katolickie można uznać za możliwy do przyjęcia? Czy w szkole nie jest przypadkie ewanglizacją „na siłę” w miejscu które powinno pozostać świeckie?
Szkoła to miejsce w którym powinno się nauczać. Nauka zaś, w zależności od dziedziny, zajmuje się, albo zbieraniem wiedzy na podstawie doświadczenia (empiryzmu), albo też racjonalnym formowaniem pewnych modeli teoretycznych, które potem są empirycznie weryfikowane. Jak zatem widać nauka opiera się na tym co namacalne. Dążąca do poznania prawdy nauka, dąży jednocześnie do obiektywizmu, biorąc za punkt odniesienia to co obiektywne, czyli doświadczenie. Odwrotnie jest z wiarą. Ta opiera się niejako na braku doświadczenia. Bo wiara to przyjmowanie czegoś za pewnik, bez możliwości udowodnienia tego. Skoro nie mamy dowodów, to ucieka nam i punkt odniesienia i, co za tym idzie, pojawia się subiektywizm. Tak więc na zdrowy rozsądek. Skoro szkoła ma nauczać to powinno się w niej wykładać tylko wiedzę naukową, czyli weryfikowalną empirycznie. Niestety tak nie jest. Bo w polskich szkołach zagnieżdżona jest patologia o nazwie „Religia”.
Zacznijmy od samej nazwy, która w gruncie rzeczy jest myląca. Bo przykładowo, gdy mówimy matematyka, to oczywiste jest, że mamy na myśli nie tylko samą topologię, ale całą geometrię i inne dziedziny matematyki. Z Religią jest inaczej. Ona nie dość, że nie obejmuje innych religi, to jeszcze w tej chrześcijańskiej zawęża się do wyznania rzymskokatolickiego. Owszem w liceum wspomniane są inne religie, ale trudno w tych paru lekcjach doszukiwać się obiektywizmu. Tak więc lekcje religii są w gruncie rzeczy lekcjami "religii rzymsko-katolickiej". Skąd to faworyzowanie jednej religii? Może jest ono usprawiedliwione przez fakt, iż większość polaków jest katolikami? Nie sądzę. Jednak to można by jeszcze przełknąć, gdyby w szkole religii nauczano. To znaczy w sposób obiektywny przekazwyano prawdę o chrześcijaństwie. Uczono o jego historii. Wskazywano wady i zalety, sukcesy i potknięcia. Ba! W takim kształcie to nawet miało by pewne uzasadnienie, wszakże chrześcijaństwo miało i ma niebagatelny wpływ na obecny krztałt Europy oraz Polski. Jednakże zamiast tego na religi dostajemy papkę składającą się z dogmatów i propagandy. Gdzież tu nauka? Wiara owszem jest, ale gdzie NAUKA?!
Ktoś pewnie powie, że religia jest wszak nieobowiązkowa. Jednakże cóż to za nieobowiązkowość? Nawet po ukończeniu 18 lat, uczeń nadal mieszka w domu rodzinnym i bardziej mu w smak chodzić na lekcje religii, niż wywoływać w domu niepotrzebne napięcia. Obecność religii w szkole stwarza patologiczne sytuacje, w których na siłę ewangelizowani są ateiści. A wszak państwo gwarantuje nam wolność wyznania. Pytam się więc, gdzie ta wolność? Już w preambule konstytucji ateiści są stawiani na równi z wierzącymi i już od najmłodszych szkolnych lat są oni dyskryminowani. Lekcje etyki mówicie? I przez kogo niby nauczane? Bo przecież nie przez pedagoga po skończonej filozofii, bądź po religioznastwie! Bo niby skąd takiego szkoła weźmie?! Nie raczej etyki nauczy ksiądz, czyli będzie katecheza pod nazwą etyka, poza tym niewiele się zmieni... Zresztą... Chodzę do szkoły jedenasty rok i przez te jedenaście lat nigdy w żadnej z okolicznych szkół nie było lekcji etyki. Oto wolność wyznania panowie i panie.
Same lekcje religii zresztą też nie spełniają też swojej roli. W szkole podstawowej niedouczone katechetki opowiadają heretyzmy w stylu: Człowiek nie pochodzi od małpy. Może kiedyś po prostu jacyś pierwotni ludzie byli zarośnięci i mieli długie paznokcie i dlatego przypominali małpy, ale ewolucja to bzdura. Oczywiście ona nie wie, że w roku 1950 Pius XII pisał w swojej encyklice, że ewolucja może stanowić godną rozważenia hipotezę, zaś
w 1996 zaś Jan Paweł II powiedział:
Dziś, niemal pół wieku po wydaniu encykliki, nowe odkrycia skłaniają do przyznania, że teoria ewolucji to coś więcej niż hipoteza. Jest doprawdy godne uwagi, iż akceptuje ją coraz więcej naukowców. Nie wie też nic o tak znawej ewolucji teicznej. Jednym słowem gówno wie. Więc kto dał jej prawo by mącić ludziom w głowach?
Potem przychodzi czas na księdza. Ten zazwyczaj zna się na rzeczy, ale z ewangelizacji nici, bo połowa ludzi jej po prostu nie chce, przy okazji uniemożliwiajac księdzu prowadzenie lekcji. Więc do jasnej cholery po co ta religia? Po to żeby wydać pieniążki na pensję księdza, po to żeby zajmował on klasę, po to żeby psuł ludziom w głowach, po to żeby marnował czas w którym można by ich nauczyć czegoś innego? A gdy przyjdzie koniec roku zbierze zeszyty, odpyta ich z recytacji modlitwy, ewentualnie każe własną wymyślić i co? Czy to uczyni ich lepszymi? Mądrzejszymi? Może chociaż bardziej wierzącymi? Oczywiście, że nie.
Szkoła to nie miejsce na ewangelizację. I to nie tylko dlatego, że jej w niej nie powinno być, ale także i dlatego, że nie ma w niej ku temu warunków. Nie ma warunków bo katecheza powinna byc dobrowalna, a nie włączona do obowiązku szkolnego. Tak więc Religia ze szkół powinna zniknąć, co oczywiście przy naszym ministrze edukacji jest zupełnie niemożliwe. Do konstytucji zaś, powinien być wprowadzony zapis o rozdziale religii od państwa. Żeby takich patologii więcej nie było.